Od jakiegoś czasu mieszkam w Wygwizdowie. Wygwizdowo, jak to Wygwizdowo, ma swoje wady i zalety. O zaletach może kiedy indziej, tym razem będzie o wadach. Tylko o jedej zalecie wspomnę - w Wygwizdowie wszystko widać lepiej, wszystko widać jak na dłoni. Jak coś się dzieje, to da się to od razu zauważyć, nie potrzeba do tego żadnego 'helicopter view', wystarczy wyjść na ulicę.
Największym problemem Wygwizdowa, obok całkowicie 'socjalnego' profilu jego dorosłych mieszkańców (wszystkie kobietki pracują w ZUSie, a wszyscy panowie w więzieniu jako klawisze), jest jego młodzież. Nieletni zajmują się drobnymi kradzieżami w sklepach, młode panny szeroko pojętym makijażem - tatuażem, a późnonastoletni chłopcy przejażdżkami dwudziestoletnim golfem (cztery rury wydechowe i sześćdziesiąt koni pod maską) od ronda do ronda - otwarte szyby, smerfne przeboje i zmrożony łokieć. Dobrze jest.
Nie twierdzę, że moje Wygwizdowo jest pod tym względem jakimś miejscem szczególnym, całkiem możliwe, że w dużym mieście takich przypadków jest nawet (w liczbach bezwzględnych) więcej. Chodzi mi o to, że w mieście łatwiej znaleźć osobniki, które wyłamują się z tego beznadziejnego trendu. Jak ma się córkę, której największym marzeniem nie jest stracić cnotę, to łatwiej jest znaleźć odpowiednie dla niej towarzystwo. W Wygwizdowie może być z tym problem.
Ale Wygwizdowo ma swoją perłę - maturzystkę, która kocha teatr. Dziewczyna robi w miasteczku za popromiennego mutanta z dwiema głowami, ale na szczęście w ogóle się tym nie przejmuje. Czyta książki, chodzi w za długim swetrze i, jeśli tylko może, jeździ do teatru. Jeździ do Gdańska, Warszawy, Krakowa. I za każdym razem tak samo - tłucze się pociągiem kilka godzin, wysiada, idzie prosto na spektakl, ogląda, wsiada do pociągu i wraca. I tak od zawsze, od kiedy sięga pamięcią - kiedyś z rodzicami, teraz sama. Ostatnio była w Londynie, bo zapowiadała się jakaś premiera stulecia.
Wydaje mi się, że jest to prawdziwa pasja. Jest to pasja z unikalnego rodzaju tych 'szlachetnych' tj. pasja, która nie domaga się od otoczenia, aby ją podziwiało, albo w jakikolwiek sposób jej pomagało. To młode dziewczę ciężko pracuje, aby robić to, co kocha. Stąd zresztą ją znam - od czasu do czasu przypilnuje nam dzieci (dlatego piszę, że pracuje 'ciężko'). Z czystym sumieniem płacimy jej stawki 'wielkomiejskie', chociaż tyle możemy dla niej zrobić.
Parę dni temu nasza bohaterka zdawała egzaminy na Uniwersytecie Warszawskim na Wydział Wiedzy o Teatrze (czy jak się ta franca nazywa). Spodziewałem się, że kiedy już pokaże, kim naprawdę jest, to szanowna komisja najpierw wręczy jej bukiet kwiatów, a następnie zaniesie na rękach na dworzec, żeby mieć pewność, że cała i zdrowa wróci do domu. Pamiętam jak dwadzieścia lat temu, kiedy jeszcze studiowałem fil-pol i nadszedł moment wyboru 'specjalizacji', wiedza o teatrze była jednym wielkim pośmiewiskiem i biedny profesor od teatru na kolanach prosił studentów, aby przemyśleli sprawę, bo "teatr jest fascynującą przygodą". Dwadzieścia lat temu! Kiedy stężenie bredni w naszych mózgach było nieporównywalne z tym, co się teraz wyprawia.
A co zrobiła szanowna komisja (7 wybitnych sztuk mięsa) w roku 2010, w czasach gdy teatr większości kojarzy się z "Teatrem Marzeń" w Manchesterze? Szanowna komisja uroczo spędziła czas na robieniu sobie wyrafinowanych żarcików. Macie tam teatr w tym Wygwizdowie? Była pani kiedyś w teatrze, nie licząc wycieczek szkolnych? Jak zamierza pani studiować w Warszawie, skoro pani z Wygwizdowa? Warszawa, wbrew pozorom, to nie Wygwizdowo (uśmiech). Itd., itp. Co prawda komisji szczęka opadła, gdy pozwolono w końcu dziewczynie się odezwać, ale wtedy było już za późno. Odechciało jej się studiować. Uznała, że aby kochać teatr, nie trzeba wcale siedzieć w uniwersyteckiej ławce. Od braku studiów jeszcze żaden teatr się nie zawalił i żaden dramat Szekspira nie wyblakł tak, aby nie można go było przeczytać. I w sumie słusznie.
Przejdę od razu do postulatu, który będzie krzywdzącym uogólnieniem i nieuprawnioną generalizacją. Mógłbym pojechać Korwinem i napisać, że skoro pieniądz idzie od państwa, to uniwersytety dbają o dobre relacje z państwem a nie ze studentami. Na cholerę im jacyś studenci? Ale zostawmy to.
Jaki mam pomysł na państwową edukację? Najpierw napalmem, potem zaorać, a potem znowu napalmem, coby mieć pewność, że nic nie przeżyło.




komentarze (17) skomentuj