Księżniczka i wojownik ( Der Krieger und die Kaiserin ), Tom Tykwer, 2000

 

 

 

Powiedz, z jakiej ty się planety urwałaś?- Z tej.-Jak to? – Urodziłam się tutaj.
 
Kiedyś gadałem sobie z qatrykiem,o ludziach na których przypadkowo wpadamy. I wyszło na to, że qatryk ma to coś, czego ja nie mam i nigdy mieć nie będę – umiejętność  spotkania się z człowiekiem, którego nie znamy. Żeby spotkać się z Timmy’m trzeba spełnić tyle absurdalnych warunków, że spotkanie z Timmy’m nie może być żadną atrakcją. Żeby spotkać się z qatrykiem,  należy się po prostu odezwać. Całkiem być może, że qatryk jest bardziej wymagającym rozmówcą niż Timmy i że dużo łatwiej zainteresować sobą Timmy’ego niż qatryka. Jednak qatryk ma mniejsze wymagania wstępne , co oznacza, że – mimo iż jest rozmówcą wybrednym – każdy ma swoją szansę. U Timmy’ego niewielu ma swoją szansę, pomimo tego, że – jak już do czegoś dojdzie – Timmy ma większą cierpliwość niż qatryk. qatryk wie, że wszyscy ‘urodzili się tutaj’ i w tym właśnie miejscu ma przewagę, której niczym nie da się zniwelować.
 
qatryk  na pewno wlazłby pod ciężarówkę, która właśnie przejechała kobietę, coby spróbować ją uratować. Timmy miałby ten moment zawahania, czy kobieta pod ciężarówką jest czymś, co go dotyczy. I ten właśnie moment, gdy się waha, byłby decydujący. Może qatryk nie umie ratować zmiażdżonych przez TIR-a pięknych pań, ale Timmy ze swoim wahaniem – nieważne czy umie ratować, czy nie umie – na pewno pozwoli tej pani umrzeć. W momencie, gdy Timmy zastanawia się, co zrobić, qatrykcoś robi. Bo i on ( qatryk )  i ona – ‘urodzili się tutaj’, więc nie ma się nad czym zastanawiać, trzeba ratować życie. Timmy myśli, że tylko on się ‘tutaj urodził’ a reszta to scenografia; taki – proszę ja was – świadomy indywidualizm.           
 
Z początku wcale się nie bałam. Niczego nie czułam. Ale potem… nastała… nagła cisza. Właściwie zwykle lubię ciszę. Ale nie tę. Czegoś w niej brakowało.  Mojego oddechu… Ratunku.
 
„Księżniczka i wojownik” jest filmem bardzo prostym. Prostym w tym sensie, że operuje na wielu, mniej lub bardziej skomplikowanych, poziomach abstrakcji, więc każdy coś z niego wyniesie. Każdy coś z niego zrozumie i weźmie dla siebie na zawsze. A im niższy poziom abstrakcji, tym więcej wyniesie; im mniej trzeba zrozumieć ( im mniej trzeba się namęczyć i pokombinować ), tym większa korzyść dla widza.
Bo cóż tu interpretować, co zgłębiać? Dwoje ludzi, niezbyt inteligentnych, niezbyt szczęśliwych, lekko już rozczarowanych życiem, spotyka się w sytuacji krytycznej, w której – teoretycznie – powinni się ominąć nawet nie zdając sobie sprawy, że coś ważnego właśnie się zdarzyło.
 
A jednak się nie omijają. Dziwny facet, który nie potrafi poradzić sobie z mroczną historią swojego życia, kapkę schizofreniczny, rozbity, smutny, kompletnie zagubiony, zatrzymuje się na środku ulicy – gdy właśnie ucieka przed ludźmi, którzy zamierzają wsadzić go do więzienia – aby uratować tępawą pielęgniarkę ze szpitala dla niegroźnych czubków.  Olbrzymia, lśniąca ciężarówka zatrzymała się właśnie, z piskiem opon,  w samym sercu miasta; zatrzymała się, aby coś zrobić z wielką tajemnicą, z którą niestety musiała się spotkać – umierającego w kałuży krwi człowieka, którego sekundę temu przejechała.
 
Nikt nie wie co zrobić. Widzimy, z zamglonej perspektywy konającej kobiety, tę żałosną bezradność ludzi, których nic nie obchodzi prócz swojego smutku wynikającego z zetknięcia z nieuchronną śmiercią i którzy najpierw musza ukoić swój ból, póki zajmą się czymś innym. I właśnie wtedy pojawia się Wojownik. Prawdziwy człowiek.        
 
Nie rób niczego. Czekaj na ambulans.
 
Wojownik pojawia się wtedy, gdy wydaje się, że wszystko jest stracone. Zajęty swoimi sprawami, w niebezpieczeństwie, ścigany, spocony i brudny, przystaje na chwilę, ponieważ nie potrafi pozwolić komuś umrzeć. W tej jednej, tajemniczej, nigdy niezgłębionej chwili, postanawia zaryzykować wszystko, by zając się sprawą, która go nie dotyczy i która może zniszczyć mu życie. Zamiast uciekać, zatrzymuje się i robi coś, w naszych czasach, niewytłumaczalnego – postanawia uratować życie, które w żaden sposób nie ma prawa go obchodzić. Codziennie jakieś kretynki wpadają pod samochód. To nie tak, że nie ma chwili zwątpienia; oczywiście że ma, oczywiście że wie, że nie powinien tego robić, a jednak to robi. Tak jakby nagle coś zrozumiał, jakby nagle coś do niego dotarło – że to jest ten moment, gdy wszystko się zdecyduje. Że to wszystko, czym się zajmuje, będzie bez znaczenia, jeśli tu i teraz nie uratuje życia, które wie, jak uratować.
 
W tej scenie widzimy prawdziwego Tykwera. Tykwera, który mówi, że wszystko co na tym świecie  najważniejsze, jest na wyciągnięcie ręki. Że, być może, świat w przytłaczającej większości składa się z dóbr rzadkich, o które musimy walczyć. Jednak prawdziwe Dobro, to co najlepsze, najbardziej cenne, jedynie ważne, jest dobrem powszechnym. Że największa tajemnica życia jest ogólnodostępna, że niczego tak naprawdę nie trzeba zgłębiać, niczego nie trzeba wymyślać, bo jest to nam dane od zawsze, w ilościach absolutnie niewyczerpalnych. Tyle, że wymaga indywidualnego wysiłku i być może dlatego szukamy rozwiązań bardziej skomplikowanych. Bo istotą herezji, jakby ten świat dobrze urządzić ( już samo pytanie jest bezczelnością ), wcale nie jest poziom komplikacji heretyckiego systemu, ale łatwość– jak zrobić, aby było dobrze i jednocześnie osobiście nie zadać sobie trudu.    
 
 
Oddech nie wracał. Ale pojawił się mężczyzna. Z początku nic nie powiedział. Tylko patrzył.- Nie możesz oddychać? -Zaczekaj.- Zaraz wracam.
Swędziały mnie pośladki. Pomyślałam, że może nigdy nie będę mogła się podrapać. Jeśli… nie wróci.
-Zaraz wracam.
A jeśli nie wróci?.
Jeśli…on…
[Mężczyźni nie wracają. To stara zasada. Kiedyś szli na wojnę nie wracali. Później na demonstracje i nie wracali. Teraz wyjeżdżają na leczenie i nie wracają. Gówniane sztuczki. Ale nie ze mną. Ani nie z tobą.]
On wrócił.
Uważaj. Zrobię ci nacięcie i będziesz mogła przez to oddychać. Uważaj. Nacinam. Oddychaj. No oddychaj !Dalej!
 
Bądźmy przez chwilę banalni – mnóstwo jest cierpienia na tym świecie. I mnóstwo jest koncepcji, jak z tym cierpieniem walczyć. Nie znam się na tych koncepcjach, nie znam się na tyle, żeby pokusić się o merytoryczną dyskusję, jak ‘globalnie’ to cierpienie ograniczyć ( w ramach paradygmatu ). Może dlatego, że wszystkie te koncepcje omijają tę niewygodną, jedną jedyną receptę znaną od tysiącleci – że tylko drugi człowiek jest dla nas  najlepszym lekarstwem. Nawet na swędzące pośladki. Bo nie ma systemu, który zrobiłby za nas to, co tylko sami możemy zrobić.        
 
Miałam ochotę powiedzieć mu, że jego pot przyjemnie pachnie. Pewnie ssał wcześniej miętówkę. Jej zapach wżerał mi się w płuca. Mężczyzna zapłakał. Myślę jednak,  że wcale nie był smutny. Pomyślałam, że jeśli się nie jest samotnym… chyba można być szczęśliwym. Jeśli ma się kogoś takiego jak on.
 
Też tak myślę. Jeśli nie jest się samotnym, chyba można być szczęśliwym. Jak się nie jest samotnym, to wszystko inaczej wygląda. Niby to samo niebo, to samo słońce, ta sama poranna kawa, ale tak jakoś inaczej. Można próbować to rozgryzać przez całe życie. Można też po prostu spojrzeć ‘w oczy naprzeciwko’. Wtedy od razu wiadomo. Trudno opisać takie życie, jeśli ktoś go nie zna. Trudno opisać, co w nim takiego szczególnego. Na szczęście życie nie jest od tego, aby je opisywać, ale od tego, aby nim żyć.
 
Jak mawiał Hannibal Lecter: „ it will come to you”.