Clubbed, Neil Thompson, 2008
Kolejny film z rodzaju tych, po których nikt się niczego nie spodziewa. Znaleziony gdzieś na najniższej półce w wypożyczalni, o tytule i opisie na okładce, które jeśli coś mówią, to tyle, że posłuchamy trochę klubowej muzyki przez co podtrzymamy być może sylwestrowy nastrój.
A tu taka niespodzianka. Naprawdę niezły i naprawdę sensowny film. O mężczyznach i raczej dla mężczyzn, ale gdyby jakaś kobieta zechciała go bez uprzedzeń obejrzeć, to może wiele się z niego nauczyć - co tam jej facetowi w duszy gra i co jest mu potrzebne do szczęścia.
Dostajemy na początek obraz niegłupiego, wrażliwego kolesia (Danny), którego życie jest w całkowitej rozsypce i w sumie nie bardzo wiadomo dlaczego. Facet popełnił w życiu masę większych lub mniejszych błędów, przegrał swoje małżeństwo, ma beznadziejną pracę w jakiejś zapyziałej fabryce ("sprzątam shit, który robią inni ludzie"), mieszka w upiornym blokowisku w zaniedbanej norze z petami walającymi się po podłodze, a na dodatek była żona robi mu pod górę utrudniając kontakt z ich dziećmi. Owszem, ciężkie życie, ale nie beznadziejne i nie takie znowu wyjątkowe jak na wielkomiejskiego mężczyznę naszych czasów. A na pewno nie tyle dramatyczne, aby popadać w depresję i podcinać sobie żyły. Nikt nie ma lekko, a jednak większość nie próbuje powiesić się na pasku od spodni.
Pewnego dnia, po kolejnej awanturze z ex żoną, gdy udaje mu się wyrwać z jej szponów dwie córki, żeby chociaż na kilka godzin móc pójść z nimi na spacer, Danny przypadkiem trafia do małego, osiedlowego klubu bokserskiego. Zresztą 'trafia" to za dużo powiedziane - podgląda przez szklane drzwi trening kilku zaprzyjaźnionych kolesi i właściwe zostaje wepchnięty do środka przez wielkiego murzyna (Louis), który uprzejmie acz stanowczo zaprasza go do spróbowania swoich sił na ringu. To jest świetna scena, która mówi o Dannym wszystko - Danny to typ meżczyzny, który nigdy nie jest gotowy do walki. Ani na ringu, ani w życiu. I tak samo jak na sali treningowej waha się, czy założyć rękawice, bo: nigdy się nie bił na pięści, nigdy boksu nie trenował, nie zna techniki, nie zna przeciwnika, nie zna miejsca, gdzie ma się bić itp., również w życiu nigdy nie ma dość danych i nie jest wystarczająco przygotowany, aby podnieść rzuconą mu przez los rękawicę.
W końcu jednak Danny wchodzi na ring i pomimo zapewnień, że wszystko będzie na niby i nikt mu krzywdy nie zrobi, Danny ląduje na deskach z niemiłosiernie obitą facjatą. Przeciwnik uznał jednak, że potraktuje go poważnie. Trochę jak w życiu - można się dogadywać co do wszystkiego i obiecywać sobie wzajemnie nie wiadomo co, ale jak przyjdzie do prawdziwej akcji, to i tak wszystko sprowadza się do tego, co dany człowiek postanowi zrobić. Louis, demoniczny olbrzym o dobrym sercu i słabości do filozoficznej refleksji, ciągle zresztą powtarza, że boks jest jak życie tj. boks jest esencją najważniejszych chwil w życiu mężczyzny. Na ringu nie ma się gdzie schować i trzeba tu i teraz stawić czoła swojemu strachowi i przeciwnikowi. Trzeba mieć odwagę walczyć, bo sprawy zaszły do punktu, gdzie pozostał albo wróg, albo ja. W życiu tak samo - co prawda można odwlec egzekucję w czasie, ale przed życiem nie da się uciec i odgrodzić się od niego solidną sztabą w drzwiach. W końcu życie cię dopadnie, ale kiedy już przyjdzie, to nie zapuka do tych drzwi, tylko roztrzaska je siekierą i załatwi cię na swoich zasadach, bo wtedy już będzie za późno, aby dyskutować warunki pojedynku.
Na drugi dzień okazuje się, że - przynajmniej w przypadku Dannego - dostać po mordzie, to urodzić się na nowo. Po raz pierwszy w życiu Danny podjął walkę i jej pozytywny skutek nie miał nic wspólnego z jej faktycznym rezultatem. Danny wygrał coś więcej - zrozumiał, że bez walki i tak przegra i do tego przegra haniebnie czyli przez poddanie się przed starciem. Przegrał na ringu, ale wygrał siebie i wygrał szacunek grupy zabijaków, która od twardych pieści wyżej ceni odwagę i 'wspólnotową' solidarność, bo rozumie, że większość wojen wygrywa się samą AUTENTYCZNĄ gotowością do walki. Przeciwnika nie tyle przeraża sama siła, co duch walki - 'będziesz musiał mnie zabić, żeby mnie pokonać'.
Zresztą - samo uczestnictwo we wspólnocie dało Dannemu nawet więcej niż fakt, że 'odnalazł siebie'. Jasne, odnalazł siebie w sobie samym, ale przede wszystkim odnalazł siebie w grupie przyjaciół. I to grupie, która nie stworzyła się w oparciu o jakiś racjonalny cel (zarobimy kupę kasy itp.), ale zorganizowaną na bazie wspólnej codzienności, drobnych rzeczy, które się dla siebie robi, głupich gadek o niczym, gdy powinno się zająć czymś 'poważnym', wspólnych obiadów u matki jednego z nich itp., itd... Danny znalazł sie w grupie, która kierowała się skrajnie prymitywnym 'trzeba dbać o swoich, a nie o cudzych' i był z tym najszczęśliwszy na świecie. W przeciwieństwie do Sparkiego, który w pewnym momencie uznał, że grupa go 'ogranicza', więc poszedł za głosem ekonomicznej kalkulacji i wybrał lepsze pieniądze, lepsze życie, tyle że wśród ludzi, którzy traktowali go jak dobrze opłacanego niewolnika. W efekcie stracił i pieniądze, i żonę a na końcu życie.
Najciekawsze, że odmieniony Danny wygrał również swoje dzieci. W kolejnej kłótni z byłą żoną oświadczył, że ma już dość tej żebraniny pod jej drzwiami, że ma prawo spędzać czas z dziewczynkami, że zabiera jej ze sobą na tyle, na ile chce i ma gdzieś, czy to się jej podoba, czy nie. Rozwścieczona ex po raz kolejny użyła argumentu, że 'dzwoni do prawnika i za chwilę w ogóle nie będzie mógł dzieci oglądać', na co Danny odpowiedział, ze tym razem będzie musiała uzbroić się dużo lepiej niż w prawnika, bo on - Danny jest ich ojcem, kocha je i jakiś wymoczek w garniturku może okazać się amunicją troszkę za słabą na doprowadzonego do ostateczności ojca. Danny odzyskał dzieci, ale i odzyskał szacunek żony, która najwidoczniej gardziła nim tylko dlatego, że pozwalał się jej do tej pory tak upokarzać.
Sporo w "Clubbed" filozofii walki, sporo Sun Tzu i innych złotych myśli. Naprawdę sporo dobrego gadania o tym, czym jest walka, kiedy walczyć i co zrobić, żeby wygrać. Jednak najlepsza myśl, jaka w "Clubbed" została wyrażona, to taka mianowicie, że prawdziwy wojownik nie gada o walce, tylko walczy. Gdy miejscowy mafioso zabija jednego z przyjaciół, Louis przestaje nagle filozofować i ważyć racje. Wraz z Dannym biorą do rąk kije bejsbelowe i po kolei rozbijają czaszki wszystkim, którzy do śmierci przyjaciela przyłożyli rękę. Są rzeczy gorsze niż 12 lat więzienia - np. niepomszczona śmierć 'swojego', członka rodziny, przyjaciela.
Pewnie Louis nie miał czasu tego przemyśleć, ale nawet coś tak nieprzymyślanego ma swój sens. Bo kto odważy się następnym razem tknąć kogoś z rodziny, skoro członkowie tej rodziny, kierują się tak prymitywnym trybalizmem?




Na dzisiaj mam to co poniżej, zastanawiam się jak sobie z tym Dorociński poradził.
http://www.filmweb.pl/film/Kobieta%2C+kt%C3%B3ra+pragn%C4%99%C5%82a+m%C4%99%C5%BCczyzny-2010-508927
pozdrowienia