Projekt: Monster (Cloverfiled), Matt Reeves, 2008
Strefa X (Monsters), Gareth Edwards, 2010
Mamy oto dwa niskobudżetowe (na oko niskobudżetowe, bo kosztorysów nie znam) filmy science - fiction, które próbują podjąć temat Obcych na Ziemi w sposób poważny. W obu przypadkach koncepcja jest taka, aby postawić ludzkość pod ścianą, w sytuacji zmuszającej człowieka do dokonania prostych i jednoznacznych wyborów, a następnie pokazać owe wybory i ich konsekwencje właściwie bez jakiegokolwiek komentarza. Widzimy, co się dzieje, widzimy, co ludzie robią, widzimy w końcu, do czego to prowadzi, ale wnioski musimy wyciągnąć sami. Osobiście uważam, że warto w tych historiach trochę pogrzebać, bo są czymś dużo więcej niż samą emocjonującą perypetią. Zatem pogrzebmy.
Oba filmy stoją w zdecydowanej opozycji wobec standardowej propagandy wielkich hollywodzkich produkcji, w których to produkcjach najważniejszym przesłaniem jest 'fakt', że inwazja z kosmosu, albo - tak jak w "2012" - globalna katastrofa, stanowią element jednoczący całą ludzkość. Tak jakby jedynym sposobem, aby wyrwać ludzkość z otchłani plemiennego partykularyzmu i religijnych bzdetów był wspólny wróg, który zagraża biologicznej egzystencji każdego człowieka bez względu na narodowość i wyznanie. I to wszystko pod warunkiem, że ludzkość zrozumie, iż wrogiemu wszechświatowi, czy to pod postacią najeźdźcy z kosmosu czy kataklizmu na skalę całej planety, może przeciwstawić się tylko droga postępu i ogólnoświatowy rząd pod czułym przewodnictwem Stanów Zjednoczonych. Kto tego nie zrozumie, ten zginie, tak jak miliony religijnych 'fanatyków' w "2012".
"Monsters" & "Cloverfield" pokazują, że żadnego Frontu Jedności Ogólnoludzkiej nie ma. Nie ma ani na poziomie międzynarodowym, ani nawet w ramach jednego narodu. W "Monsters" prawdziwymi prowodyrami całego zamieszania są Amerykanie bohatersko walcząc z Potworami, których sami sprowadzili na Ziemię. Bo Obcy zostawiliby nas w spokoju, gdyby Jankesi nie wysłali w kosmos jakiejś sondy w poszukiwaniu życia na innych planetach , tego życia w końcu nie znaleźli, nie zapakowali próbek do sondy i sonda nie rozbiła się w północnym Meksyku. Ot i cała Ameryka - sama tworzy problem, żeby później ratować ludzkość przed jego konsekwencjami. Amerykanie od razu zakładają, że Obcy mają wobec nas wrogie zamiary, odgradzają się od Meksyku wielkim murem z bombkami gotowymi do natychmiastowego odpalenia, a samemu Meksykowi udzielają bratniej pomocy (coś w rodzaju propozycji nie do odrzucenia) bombardując regularnie 'strefę skażenia', co faktycznie sprowadza się do przejęcia kontroli nad olbrzymią częścią obcego państwa. Można śmiało założyć, że gdy już wybiją Potwory co do nogi, zostaną na miejscu, aby zupełnie bezinteresownie oczyścić teren z resztek elementów obcych wprowadzając przy okazji demokrację wraz z pakietem swobód obywatelskich.
Najlepsze jest to, że sami Meksykanie nie widzą w gościach z kosmosu większego zagrożenia, nawet w sytuacji, gdy wojna - wskutek paranoicznej agresji Amerykanów - przenosi się z zamkniętej strefy na tereny zamieszkałe przez cywilów. "Jak się ich zostawi w spokoju, to nie ma się czego bać" - mówi jeden z mieszkańców meksykańskiej wioski i w tym jest wszystko. Meksykański wieśniak rozumie ze świata więcej niż wszyscy rozumni nowojorczycy razem wzięci. Wieśniak doskonale wie, że Potwory bronią po prostu swojego terytorium i swoich rodzin, ponieważ Meksyk jest dla nich naturalnym domem. Tu się urodziły, więc uznają ten teren za swój. Trudno od nich oczekiwać, że pozwolą się spacyfikować, ponieważ Amerykanie uznali, że tak będzie dobrze dla równowagi na świecie. Mają gdzieś amerykańską koncepcję równowagi, gdy chodzi o ich życie. Wypowiedziano im wojnę, więc walczą. I tyle.
"Monsters" bardzo ładnie rozgrywa kontrast między Stanami i Meksykiem i trochę przypomina mi w tym miejscu "Babel" Inarritu, gdzie Ameryka w porównaniu z Meksykiem to jakaś koszmarna ferma hodowlana upiornych zombie żyjących pośród nieskończonej ilości bzdetów wymyślonych dla ich dobra. Cate Blanchett robiąca aferę, że nie może na wakacjach w Maroku napić sie coca - coli light, mówi o tym społeczeństwie więcej niż amerykańska konstytucja ze wszystkimi jej poprawkami. W "Monsters" Meksykanie mają ważniejsze problemy niż jacyś Obcy, którzy też chcą przetrwać na tym łez padole. Mają swoje codzienne problemy, dzieci do wychowania, żony do kochania, dziadków, którymi trzeba się zaopiekować, świat, którym trzeba się zachwycić. Mają życie do przeżycia, a cała reszta to 'okoliczności przyrody', który trzeba brać pod uwagę tylko wtedy, gdy to naprawdę konieczne. Na tle Meksyku Ameryka to brednia całkowicie oderwana od normalnego świata i normalnego życia produkująca ludzi, którzy zamiast uczyć człowieczeństwa innych, sami powinni się tego człowieczeństwa uczyć, choćby od Obcych.
"Cloverfield" pokazuje nam Amerykę w momencie ataku jakiegoś dziwacznego monstrum na Manhattan. Do końca filmu nie wiadomo, skąd to dziwadło wypełzło i nie wiadomo, o co mu chodzi, oprócz tego, że zamierza zrobić totalną demolkę Nowego Jorku. Wkracza w sam środek światowej stolicy wielkomiejskich lemmingów i robi taką rozpierduchę, jakiej świat dawno nie widział. "Whatever it is, it's winning" - mówi jeden z wojskowych, ale od początku wiadomo, że jest to misja samobójcza i przysłowiowy 'łagodny, liberalny rząd' w końcu potwora dopadnie i zrówna z ziemią bez względu na straty w lemmingach. Niesamowity jest ten potwór. Jakieś skrzyżowanie pasikonika i rozrośniętego dinozaura, miota się w niepojętym szale pomiędzy drapaczami chmur miażdząc wszystko, co stanie mu na drodze. Ale jest w nim też jakaś desperacja, jakaś ostateczność, jakby wyszedł na powierzchnię, by zniszczyć coś, co nie ma prawa do życia i on, Cloverfield, wymierza tylko cywilizacyjną sprawiedliwość. Bardziej kojarzy mi się z jakąś współczesną wersją plagi egipskiej niż przedstawicielem wrogiej pozaziemskiej cywilizacji. Jakby był ostatnią szansą na wyrwanie lemmingów z matriksu.
Cały sens "Cloverfield" zawiera się w sposobie narracji, oglądamy bowiem świat za pośrednictwem kamery trzymanej w ręku przez jednego z uczestników zdarzeń. Niby nic nowego ("Blair witch project"), ale tym razem to coś więcej niż sztuczka formalna, która u niektórych widzów wywołuje objawy choroby morskiej. Forma ma tutaj kapitalne znaczenie, ponieważ ogladąmy ludzi, którzy nie potrafią już patrzeć na świat własnymi oczami i zawsze muszą mieć pośrednika w postaci kamery. W ich życiu tylko to ma znaczenie, co będą mogli obejrzeć w telewizji.
Co nie zarejstrowane kamerą, nie istnieje.
Widzimy więc młodzieńca, który najważniejszą randkę w swoim życiu musi koniecznie sfilmować, widzimy przyjęcie pożegnalne, gdzie ludzie - zamiast ze sobą rozmawiać -wygłaszają do kamery krótkie przemówienia pochwalne na cześć gospodarza. Gdy rozpoczyna się atak, gaśnie światło, a wieżowiec trzęsie sie tak, jakby miał się za chwilę zawalić, wszyscy rzucają się do telewizora, żeby dowiedzieć się, co się dzieje. Mimo że wystarczy po prostu wyjrzeć przez okno, bo z ostatniego piętra widać przecież Manhattan jak na dłoni. Gdy akcja przenosi się na ulice, widzimy złodziejaszków plądrujących sklepy z elektroniką, którzy podgłaśniają telewizor, aby obejrzeć w nim potwora, który znajduje się kilkaset metrów od nich.
Taka postawa ma swoje konsekwencje. Człowiek, który uważa, że prawdziwe życie rozgrywa się na ekranie telewizora, wyciąga fałszywy wniosek, że życie jest bezpieczne. Potwór w telewizji nie zrobi nikomu krzywdy, na tej samej zasadzie, na jakiej kule wystrzelone w westernie nigdy nie zabiją widza. Życie takiego człowieka to ciąg 'eventów', które różnią się od siebie tylko i wyłącznie poziomem wizualnej atrakcyjności. Wszystko, co go otacza jest tak samo prawdziwe jak i fałszywe. Koleś, który trzyma w "Cloverfield' kamerę, do samego końca nie wierzy, że może mu się coś stać. Jasne, ucieka tak jak wszyscy, boi sie tak jak wszyscy, ale jest to bardziej strach widza podczas horroru niż człowieka w sytuacji zagrożenia życia. Nawet masakra na moście, gdy potwór zabija setki uwięzionych ludzi, nic mu nie uświadamia. Nadal filmuje, bo to przecież taka 'niesamowita scena'. I nawet w ostatniej chwili swojego życia, gdy potwór pochyla się nad nim, aby odgryźć mu głowę, ogląda swojego mordercę przez oko kamery. Jakby do końca wierzył, że to tylko film. Że póki spogląda na świat przez mały ekranik, to świat nie może mu nic zrobić, bo poza tym, co widać na tym ekraniku, nie istnieje żadna rzeczywistość.
Czy tacy ludzie mają jakąkolwiek szansę w starciu z potworem? Tacy ludzie - oczywiście nie, ale już ich hodowcy - jak najbardziej tak. Władza, która komunikuje się z ludźmi za pomocą anonimowych rozporządzeń, traktuje potwora nie jako jakiegoś kosmitę, który rzucił wyzwanie ludzkości, tylko jako zwykłego intruza, który wtargnął na jej terytorium. I po kolei próbuje coraz to bardziej radykalnych środków, aby go powstrzymać. Może praktycznie wszystko, ponieważ ma ten komfort, że ludzie to zdalnie sterowane lemmingi, z którymi można zrobić dosłownie wszystko. Można ich siłą wysłać - bez żadnych tłumaczeń - np. na Most Brookliński, czyli wysłać na pewną śmierć. Można zarządzić przymusową ewakuację, można w końcu zbombardować cały Manhattan. Innymi słowy - można zrobić wszystko, co tylko przyjdzie do głowy, aby zachować swoją władzę nad terytorium.
"Monsters" & "Cloverfield" to kolejne filmy s-f, które więcej mówią o ludzkości tu i teraz niż o ludzkości wobec potencjalnej inwazji z kosmosu. I mówią w sumie to samo - prawdziwe zagrożenie dla ludzkości stanowią sami ludzie i tego, co jedni ludzie potrafią zrobić innym ludziom, nie wymyśli nawet najgorszy kosmita. Najgorsi wrogowie człowieka mieszkają na Ziemi od zawsze.




Zwłaszcza, że jest wątek polski.
Co do Monsters. To jest moim zdaniem film o Meksykanach i ich widzeniu przez Amerykanów, jako jakąś niepojętą siłę nie z tego świata, która im lezie do Ameryki, która nie wiadomo czego chce, po co jest, dlaczego tak, a nie inaczej itd. Ten mur przecież przypomina ten mur, który faktycznie istnieje i który patrolują minutemani. I podczas gdy Amerykanie widzą w Meksykanach niepojęty żywioł, przed którym na wszelki wypadek się trzeba jakoś bronić, o tyle tam, w tym Meksyku, trwa sobie normalne na tamte warunki życie, a Amerykanka na stacji benzynowej widząc kopulację potworów staje zachwycona tym obcym pięknem.
W tym sensie to jest cholernie podobne do Dystryktu 9, choć nie do końca.
Project Monsters, tu się zgadzam. To jest film o lemingu, który nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest tylko pyłem między żarnami i nie rozumie tego do samego końca. Katastrofa niczego go nie uczy. I to jest dla nas memento na kryzys.
Pozdro!