Jestem numerem cztery (I am Number Four), D.J. Caruso,2011
Obudził się ostatnio we mnie oficer śledczy i postanowiłem przyjrzeć się dokładniej, co oglądają moje dzieci, gdy ich ojciec próbuje w tym czasie zarobić na buty na zimę. Poszliśmy więc do wypożyczalni i w myśl zasady 'róbta, co chceta', dzieci mogły wybrać, co chciały.
O ile pięcioletni talib zachowywał się w miarę przewidywalnie tzn. chciał oglądać filmy, które już widział setki razy (zauważyliście, że dzieci nie rozumieją pojęcia kopii? "WALL-E" na półce to inny "WALL-E" niż ten w domu) + uparł się na transformersów, bo dostał jednego pod choinkę, bo transformersi to superbohaterowie i co najważniejsze, gdy nie są transformersami, to zmieniają się w ferrari czy inne lamborghini; o tyle kryteria wyboru jedenastoletniej panny naprawdę mnie zastanowiły. Niewinne dziewczę zatrzymywało się wyłącznie przy filmach, które w jakiś sposób opowiadały o czymś 'special', czymś innym niż codzienność, czymś więcej niż rzeczywistość, którą zna. I tak trafiliśmy na "Jestem numerem cztery".
Ale wróćmy na chwilę do pięcioletniego superbohatera w czerwonych rajtach w spidermany. Podtrzymuję to, co napisałem kiedyś przy okazji "WALL-E" - jeśli przypilnujemy, żeby dzieci oglądały tego typu produkcje, to możemy być pewni, że zostawiamy je w dobrych rękach. Podtrzymuję tezę, że normalne, poważne kino zeszło do dziecięcego podziemia, a takie filmy jak "Odlot" czy "Jak ukraść księżyc" biją na głowę większość oskarowych produkcji. Przymierzałem się do napisania o "Odlocie" kilkakrotnie, ale za każdym razem pasowałem przytłoczony złożonością tematu. No bo jak tu pisać o całości, kiedy analiza jednej pięciominutowej sceny (sceny, która wstrząsnęła światem - przeczesałem cały internet we wszystkich językach) opowiadającej o historii małżeństwa głównego bohatera, stanowi materiał na osobną książkę? W każdym razie - dobrze jest, nasze szkraby są bezpieczne.
Z "Jestem numerem cztery" sprawa jest bardziej skomplikowana. Film jest doskonale beznadziejny, denny, głupi i bezsensowny. Czemu zatem podoba się mojej córce, która - wydaje mi się - denna i głupia nie jest? Rozwiązuje przecież sudoku, rozumie Texas Hold'em i odróżna debila od normalnego człowieka?
Myślę, że "Jestem numerem cztery" szuka odbiorcy nie tyle tępego i bez gustu, co widza ze stępioną wrażliwością wizualną, niecierpliwego i znudzonego szeroko rozumianą normalnością. Widza, którego potrzeby kreuje nie prawdziwe życie, ale telewizja z własnymi kanonami piękna i atrakcyjności. W świecie telewizji najważniejszy jest bowiem 'look'. Chcesz być interesujący, chcesz żeby ludzie o tobie mówili - musisz przede wszystkim 'wyglądać'.
"4" wpisuje się w estetykę telewizyjną w stu procentach - wszystko, co fajne, musi być ponadprzeciętne, inne niż cała normalna reszta. Główny bohater ( jak powiedziała moja córka - "o, przystojniak na pierwszym planie!") wygląda jak tancerz z teledysków Madonny. Wyrzeźbiony ja Pitt w "Thelma & Louise" z lekką nonszalancją i dekadenckim wyrazem twarzy zajmuje się korzystnym kontrastowaniem z banalnym otoczeniem. Nic właściwie nie musi robić, bo samo to, jak wygląda, wystarcza by był super. No a poza tym jest jeszcze przecież 'numerem cztery', czyli jakimś kosmitą z superzdolnościami, wali laserem z dłoni i skacze po drzwach jak skrzyżowanie małpy z kangurem. Gdy dodamy do tego nutkę romantyzmu tzn. to, że kosmita potrafi zakochać się w szarej myszce, o którą walczy ze wszystkich nieziemskich sił, to już łatwiej zrozumieć, czemu jedenastolatki mdleją na jego widok. A może to taka współczesna wersja księcia z bajki? Kiedyś trzeba było walczyć ze smokiem, żeby zdobyć księżniczkę, dzisiaj, kiedy smoków już nie ma, trzeba zabijać wyglądem i supermocami. Może scenariusz cały czas jest ten sam, tylko scenografia się zmieniła? Nie wiem, ale te smoki, mimo wszystko, były jakieś zdrowsze.
"4" to nie tylko estetyka, ale również logika telewizyjna, a właściwe logika teledyskowa. Fabuła jest całkowicie bez sensu. To nawet nie to, że nie tworzy spójnej całości - na poziomie zdarzeń nie zachodzi po prostu proces wynikania. Mamy do czynienia z serią videoklipów połączonych ze sobą wyłącznie postacią głównego bohatera. Dla starego dziada (takiego jak ja) jest to po prostu nie do zniesienia, czuję się jakby ktoś bezczelnie obrażał moją inteligencję i moją matkę. Jak im nie wstyd pokazywać ludziom tak piramidalną brednię? Otóż nie wstyd i chyba wiem dlaczego. Chodzi to, że współczesny widz potrafi skoncentrować się na obrazie nie dłużej niż, powiedzmy, 5 - 10 minut. Tyle potrafi ogarnąć, bo na tyle starcza mu cierpliwości. Mija 5 minut i przechodzimy do następnej sceny, a poprzednia odchodzi w niebyt. I tak przez dwie godziny. Dla mnie - dwie godziny męki i tortur, dla córki - normalka, fajny film.
Na deser. Po seansie córka tak sprytnie zarządziła pilotem od telewizora, że zamiast ligi hiszpańskiej poleciał nagle "Zmierzch" - o tych wampirach taki jeden film. Nie wiem, która część, nawet mnie nie pytajcie. Wytrzymałem godzinę. Nie wiem, co było pierwsze - te wampiry, czy kosmita, ale jedno i drugie to dokładnie to samo. Z tym, że wampiry chyba cięższe do zniesienia, może dlatego że wszyscy mają tam miny, jakby cierpieli na ostre rozwolnienie w fazie krytycznej.
Załamałem się trochę tym wszystkim. Co wyrośnie z tego dziecka, skoro duchem jest w świecie wampirów i wilkołaków? Spróbowałem więc sprowadzić ją trochę na ziemię i spytałem (żenujące):
- Jak tam w szkole?
Ożywiła się, nabrała rumieńców i z błyskiem w oku powiedziała:
- Ok, tylko ten Arek z IVc ciągle mnie przezywa, a wczoraj na przerwie mnie kopnął.
- Oddałaś?
- Oddałam.
Jest nadzieja.




Dzieci i czytają, i oglądają filmy. Wpis jest o filmach, które oglądają a nie o tym, że oglądają filmy, przez co nic nie czytają.
Pozdrawiam,